Akacja wyszła za mąż....
po czym puściła męża z wiatrem - dosłownie, kupując mu one-way-ticet - bilet na podróż samolotem do góry. A na dół musiał biedak sam z buta wracać, z płachtą płótna nad głową. Przeżył. Zrewanżował się eskapadą do krainy ryżu, małp i motyli-gigantów, gdzie Akacja doznała bliskich spotkań trzeciego stopnia z florą i fauną wszelkiej rasy i maści. Też przeżyła.
A wracając do pobytu u Akacji. Nie ma to jak puścić baby w markety. 3/4 dnia spędziłyśmy w Ikei wzdychając do komódek i stoliczków, wychodząc z kompletem noży każda i kilkoma pierdółkami.
Jeszcze w sklepie mąż postawił mi golonkę z żurkiem a syn scenę pt. "albo cycek albo wysiadam, z butli pić przy ludziach nie będę", sama mama wykazała się mega elokwencją zapominając zapakować na wyjazd.... pampersów.
To był jesienny niedzielny spacer po cytadeli.

Ale się uśmiałam :D
OdpowiedzUsuń