Post ten dedykuję wszystkim moim koleżankom, które są lub planują być mamami. Każda z nich pamięta, że ja na ten stan byłam niby gotowa odkąd pamiętam. No właśnie - niby. Bo to jest tak: ciąża to najpiękniejszy okres w życiu kobiety - jest się najważniejszą, najpiękniejszą i w ogóle naj. Wolno wszystko jeść, bo przecież jest nas conajmniej dwóch, wolno spać do południa i w ogóle dużo leżeć, można nie chodzić do pracy, przepuści nas kolejka, ustąpią w autobusie. Jednym słowem to cudowny czas, kiedy można całkowicie poświęcić się sobie - totalny relaks, nóżki do góry, maseczka na twarz 4 razy w tygodniu.
Kiedy przychodzi chwila porodu i wyjścia do domu z małym berbeciem - wszystko to piękne co powyżej legnie w gruzach, brrr.... Już nie jesteś najważniejsza , najpiękniejsza i najwspanialsza .. I tu zaczyna się mały dramat. Od tej chwili musisz chodzić jak w zegarku, być na każde wezwanie, regularnie (prawie codziennie na poczatku) prać i prasować i nikogo nie obchodzi, że ledwo sie trzymasz na nogach a z niewyspania wkładasz chleb do lodówki. Za dnia spacerki - conajmniej dwa razy, w nocy lulaj, przewijaj, podgrzewaj butelki i wystawiaj cycka - non stop. Zapomnij o tuleniu się do męża, i o drzemce dłuższej niż dwie godziny jednym ciągiem. No cóż - takie mamy dziecko - niesypiające. Do tego o ciuchach sprzed ciąży można zapomnieć a o aerobiku też, bo jedyne o czym marzy młoda matka w wolnej chwili (jeśli ma szczęście i taka się napatoczy) to ODESPAĆ!!!!
I stąd sie chyba biorą depresje poporodowe. I to absolutnie nieprawda, że wszystko zależy od nastawienia, wsparcia męża czy rodziny. Moim zdaniem jest naturalne, że jak się zmienia status z królewny na robota, to każdy musi złapać lekkiego doła.
Z reguły mija..... bo ja wiem po pierwszysch przespanych pięciu godzinach bez przerwy? Po pierwszym troche niepewnym i bezzębnyym uśmiechu zaczyna być nawet przyjemnie, hmm to małe nie jest takie straszne..... Po pierwszej zjedzonej zupce-papce nachodzą człowieka myśli- hmmm chyba nawet dam rade. Po pierwszym wyjściu bez dziecka każda kobieta chyba pomyśli - uffff co za ulga ;) Ale na etapie błyskawicznego czworakowania, wdrapywania się na kolana i wyciągania rączek z okrzykiem "mammmmammmma" to już kapitulacja- przecież to najgorsze już za nami (chyba?) i życia sobie nie wyobrażam bez tego młokosa!!!
A więc drogie koleżanki: uno- do wszystkiego można się przyzwyczaić, due- do macierzyństwa należy sie psychicznie tęgo przygotować - okopać i uzbroić w anielską cierpliwość (czego mi niestety bywa, że brakuje), tre - myśl, że dzisiaj ja miksuję zupki i szoruję butelki, a za 50 lat Szymek będzie robił to dla mnie podtrzymuje człowieka na duchu ;)
Już matkom - życzę dużo snu i pomocnych mężów (ja mam to szczęście,że takiego mam) a przyszłym matkom - życzę dłuuuuugiej ciąży ;)
A tu artykuł o tym, co powyżej właśnie - tłumaczy i podtrzymuje na duchu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz