Było inaczej. W marcu na wizycie kontrolnej pan doktor powiedział: Pani rodzi !!! a Marta na to - Jak to, przecież nic nie czuję?
Po hektolitrach kroplówek, galaretkach od Tomusia, obiadkach od mamusi, leżeniu z nogami pod sufitem i sikaniu do kaczki wytrzymaliśmy tydzień.
W słoneczny wtorek, 10 marca Szymka wyjęli mi z brzucha. I zabrali. Ważący półtora kilo kurczaczek musiał się bidulek dogrzewać w plastikowym pudle na kółkach prawie cały miesiąc. Był to chyba najdłuższy miesiąc w naszym życiu. Babcia schudła z 6 kilo, ja spuchłam i zaczęłam dobrze jeździć samochodem (kursy do szpitala z mlekiem 2 razy dziennie).
A Szymcio rósł. W kwietniu wyrósł tak, że mogliśmy go zabrać do domu. Wtedy zaczął się maraton "bezsnu" a mieszkanie zapachniało prasowanym praniem, mlekiem i oliwką niemowlęcą.
Ponieważ Szymek zakończył pływanie a la rybka w maminym brzuchu około 7 miesiąca, miał spore braki żelaza (normalnie dzieciak gromadzi sobie zapas w 9 mies. ) i miesiąc po opuszczeniu szpitala musieliśmy tam wrócić - na przetaczanie krwi. Młody darł się w niebogłosy, kopał i wierzgał tak, że pękła mu żyła na stopie i piętę miał prawie czarną. Ale za to po wszystkim zaróżowił się pięknie niczym buraczek - prosiaczek i spał prawie cały dzień. A na stopę pomogła maść z arniki, potem też się przydaje, szczególnie w okresie raczkowania i pierwszych kroków - ułatwia gojenie siniaków.
a to krówka właśnie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz