Pierwsza Szymka dłuższa podróż (nie licząc Wrocka) była nad morze.
Czas: mało popularny na wakacje w Polsce październik.
Miejsce: Zielona Góra - Świnoujście i z powrotem.
Kierowcy (ważne!!): mama (do) i tata (nazad)
Uczestnicy podróży: mama, tata, Szymek w śpiochach w traktory i widły
Pierwsze wrażenie na wielką wodę: ta nie zrobiła na Szymku żadnego, za to mewy owszem. Sceneria wprost z Chiczkoka więc młody stracił pewność siebie i coś tam se pokwękał.
Aura całego pobytu sprzyjała stęsknionym rodzicom, po nieobecnym sezonie tatusia. Bo lało, wiało i zimno było w cholerę. Więc się tuliliśmy mocno, ja piłam "cofe to go" w piękym papierowym kubku i zagryzaliśmy pogodę truskawkami w bitej śmietanie.
Cechą specyficzną Świnoujścia jest to, że więcej tam szwargotu "ja, Helmut, ja" aniżeli polskich przecinków, dlatego czuliśmy się zupełnie jak na zagranicznych wakacjach. Tylko żar tropików nawalił. Zamieszkaliśmy w pensjonacie z designerskim wejściem, obejściemm i stołówką - biel, skóra, trzcinowe wiechcie i ku uciesze mego męża miliśmy w pokoju tvn, polsat i inne dobrodziejstwa programowe.
Szymek wdychał jod najczęściej na śpąco i zdecydowanie pogardliwie spoglądał na ptactwo wszelkiego kalibru. Po dniach pięciu niesprzyjająca pogoda przepędziła nas do domu i utwierdziła w przekonaniu, że warto odkładać na rajskie tropiki pod palmami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz