środa, 3 lutego 2010

Pierwsze koty za płoty

hm .... najgorzej jest chyba zaczynać w ten sposób, no to szybko: mam na imię Marta, a Wiśniowa Calineczka wymyśliła Srebrna Akacja- Ola i tak niech zostanie. Mam lat..... 18 i obecnie niby kupę wolnego czasu, który zaczyna się niestety po 22, kiedy to mały bąbel łaskawie idzie spać (a nie robi tego super regularnie)

Debiutuję
W conajmniej kilku dziedzinach życia. Uno-na blogu, duo-jako matka, poza tym całkiem niedługo jako żona i od poł roku jako właścicielka 60 kilogramów.
Z wykształcenia jestem eheeh... dziennikarką (współtowarzysze niedoli tego kierunku zrozumieją to zawstydzenie) i nauczycielką jezyka naszych sąsiadów zza Odry, a zawodowo ma gwiazda wygasła jakoś półtorej roku temu, kiedy to postanowiliśmy z Tomkiem przedłużyć gatunek ludzki. Teraz przebywam na wygnaniu zawodowym i po części umysłowym, uprawiając macierzyństwo.

Dla tej częsci  "o której mimo wszystko nie zapomniałam" - skrócona kronika wypadków postudyjnych, czyli co Martusia robiła, jak przestała sie odzywać:

  • końcówka 2005 - sroga zima, dłubię pracę magisterską, przestaję wierzyć w męską część populacji (że ma jaja), poznaję Tomka i resztę ekipy projetantów zielenii
  • 2006 - powrót do koledzu, rok huśtawek i rozterek emocjonalnych. Końcówka - cała dla Tomka ostatnie 4 dni - z Tomkiem ;)
  • 2007 - kocham Tomka B. łeheej i niech to trwa, szabadabada
  • 2008 - przełomowy rok: najpierw podróż życia, potem nowe życie, potem ślub
  • 2009 - z którego trzeba się otrząsnąć - Szymek, zwany wtedy krówką rodzi się 2 miesiące przed czasem. Nagle cały świat wywala się do góry nogami - mamy dziecko, mam dziecko (!!), walcze o pokarm , nosze rozmiar 40 (!!!)
  • 2010 - całe moje życie skupia się na czekaniu: aż przyjdzie z pracy Tomek, aż wyrżną się górne zęby Szymka, aż minie ta cholerna zima 

1 komentarz:

  1. uzupełnienie:
    przed 2005 rokiem - Ola panoszy się po moim domu który współwynajmuje, notorycznie zapomina kupić papier toaletowy i nie pamięta o istnieniu odkurzacza, ale kocha swoją przyjaciółkę i jest gotowa siedzieć z nią do rana gadając o facetach, poezji, muzyce i planach na przyszłość. Jak sobie człowiek bierze do domu "artystkę" (i ma kolegów artystów), to konsekwencje są szalone. Plus dziennikarzyny, plus wykłady, plus wino w Kartonie, plus spacer do domu przez działki, plus włochaty dywanik na balkonie, plus przeboje Trójki, Gałczyński, Misia, letnie burze w Zielonej i młodość bez zobowiązań...

    OdpowiedzUsuń