A cóż to był za spacer... slalomem przez chodnik upstrzony psimi odchodami. Czar budzącej się wiosny prysł z momentem przekroczenia progu klatki schodowej. Najpierw odurzył nas powiew świeżego powietrza, zaraz potem buchnął odór kocich siuśków i mokrego piachu (namiętnie rozsypywanego tej zimy przez panie sprzątające). Po kilku krokach dolatuje do nas smrodek śmietnikowy, a potem już psie pozostałości co krok. Skrzętnie więc omijamy: ta brązowa, tzn świeża, ta czarna - solidna, mocno mięsna dieta, ta żółta- wegetariańska i kilkudniowa, a ta biała - sucha karma i kilka dni leżakowania na chodnikowej płycie. Mijamy też inny wózek, tata w dziwnej półschylonej pozie zagląda pod pojazd i zamiast spacerować jeździ w te i we w tę i macza kółka w kałuży, znaczy - wdepnęli.
Po pierwszym okrążeniu mam serdecznie dość. Jasne, że przy takiej zimie trawników brak, no i gdzie te biedne pieski mają srać, jak nie na środek chodnika, ale moja mama jako właścicielka czworonoga jakoś potrafi zebrać psią kupę do woreczka a inni to co? Woreczków nie mają?
Na naszym osiedlu w każdej klatce wisi plakat:
srajacy piesek z napisem
KUPA WSTYDU
pod spodem łapka z szufelką i podpis
JUŻ NIE
Najwyraźniej treść trafiła do adresata jak serenada trafiłaby do głuchego. Jak widać nikt u nas kupy sie nie wstydzi. Jak widać mamy zasadniczy problem z rozumieniem najprostszych znaków:
Taka to właśnie Polska kołtuńska.
Ech, mam u siebie to samo, tylko jeszcze pod śniegiem i nie czuć smrodziku :)
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam Twoje notki i będę czytać jeszcze :)
Pozdrawiam.
rozalka