niedziela, 20 czerwca 2010

Post dla uzależnionych od seriali, torebek, pasków, butów, modnych łaszków i ogólnie babskich gadżetów



O tym jak bardzo lubię serial "Sex w wielkim mieście" wie tylko mój mąż i szwagier (bo był świadkiem kłótni o pilota, gdy serial emitowano jeszcze w TV, a Tomek wolał oglądać film sensacyjny). Serial ten według mojego szwagra i pewnie rzeszy innych ludzi jest głupi, pusty i ociekający sksistowskimi akcentami. Ale na szczęście istnieje coś takiego, jak odmienność gustów i Bogu dzięki ktoś stworzył taki serial, by ktoś taki jak Marta mógł być zadowolony. Sens mojego serialowego uzależnienia jest trochę głębszy. Otóż jest rok 2009, lato, gorące i długie wieczory spędzam samotnie na kanapie w pozycji leżącej na boku z Szymkiem lat: 4-5 miesięcy uczepionym do cycka. On – uczy się ssać, ja – cierpliwie czekam aż się nauczy. Dni są nużąco długie i beznadziejnie podobne do siebie. Tomka nie ma w domu, ba nie ma w mieście, nie ma przy mnie, jest w delegacji tzw. sezonowej. To ileż można czytać książki? Wieczorami rozwalamy się z moim ssakiem na kanapie i on ssie a ja oglądam „S. w w.m.” właśnie – jedyną dzienną dawkę humoru, rozrywki i oderwania od pieluch, smoczków i wrzasku głodnego ryjka. Na kilkadziesiąt minut przenoszę się w świat nowojorskiego blichtru – kolorowe kiecki, szpilki, szminki, koraliki, odjazdowe torebki, co rusz inne fryzury. Wszystko w ilościach hurtowych i wszystko, za czym moja szafa tęskni, na co przyjemnie się patrzy i na co brakuje czasu albo pieniędzy.


Perypetie moich czterech bohaterek może i głupie, chociaż…. jedna też wiecznie ściągała mleko, inna miała bzika na punkcie butów (ja kocham torebki i paski). Ale mnie to bawi, głupie problemy bogatych dziewczyn. Bo są lekkie, mogę się do nich odnieść, utożsamić z nimi lub nie, mogę się zdystansować do siebie, do świata i wielkich problemów chwili obecnej, co zaraz miną. I o to chyba w serialach chodzi?

A czemu teraz o tym? Bo oto właśnie po 2 tygodniach prób i podejść, udało mi się spiąć terminy, godziny i daty i wylądowaliśmy z Tomkiem w kinie. Na „S w w. m.” ma się rozumieć.

Ostatni raz w kinie byłam w 4. miesiącu ciąży, więc z okazji tego wyjścia, ubrałam się ładnie i założyłam takie lepsze kolczyki. Błogosławione 2,5h luzu i czystej rozrywki psychicznej: nie musieć skupiać się na tym, gdzie jest Szymek, co robi i czy nie zjada czegoś niejadalnego i czy nie wyrzuca z balkonu pilota albo skarpetek.



1 komentarz:

  1. SWWM nie jest głupi :) K. udaje, że ze mną nie ogląda i tylko przypadkiem siedzi na kanapie ;) hihi, buziaki!

    OdpowiedzUsuń