wtorek, 8 czerwca 2010

Niedziela wyjazdowa


Lato łaskawie zlało nas słońcem. Wskoczylismy więc w klapki, krótkie gatki i bikini i ....
hajla bajla nad wodę. To się nazywa spęd rodzinny z dziećmi i dużym biszkoptowym psem w roli głównej. Chociaż nie...., główny bohater miał niecałe pół metra, był czerwony i brudny... i nazywał się grill. Po drodze na tę wycieczkę zaliczyliśmy krowy i owce na pastwisku ku radości Szymka i mojej (że Szymkowi pokazuję krowę i owcę po raz pierwszy w realu).  Już na miejscu biwakowania obecni nieletni panowie (sztuk trzy) byli w siódmym niebie bo puściliśmy ich luzem -to po pierwsze, a po drugie bo szorowali cały dzień z gołymi tyłkami - żadnych pampersów, żadnych ograniczeń. Do tego mokry pies robił im zraszanie strzepując wodę z długiej sierści na kocyki, jedzenie i wszystko co popadnie. Ponadto mnóstwo kolorowych chrupek, zabawek, piłki, łopaty, wyścigi polną drogą w pogoni za psem....
Szymek był nad wyraz grzeczny i nie wychodził poza obręb koca, bo jak sie okazało, brzydzi się trawy i ona go łaskocze (francuski piesek). Oczywiście nie było mowy o spaniu. Poległ tylko jeden, najmłodszy ale i tak  chwilowo. Nie było także mowy o kąpieli - woda lodowata i brudna po majowych powodziach, więc musiała nam wystarczyć  trawa z widokiem na rzękę.

Żeby niedziela była w pełni atrakcyjną mój mąż kupił nam 1 kg truskawek- naszych pierwszych w tym roku - kwaśnych !!

I na tym nie koniec. Ponieważ posiadanie dzieci wymaga stałej energii i gotowości do działania oraz wymyślania coraz to nowych zabaw, zadań i zajęć, wyruszyliśmy na basen.
Szymek po drzemce, jaką sobie uciął w drodze powrotnej znad rzeki, wykazywał nikły stopień zmęczenia. Po załatwieniu spraw fizjologicznych na balkon, sutej kolacji i kąpieli w bąbelkach, był gotowy do wyjścia.
I tak minęła upalna niedziela.
I oby takich więcej!!


























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz