czwartek, 17 maja 2012

Mydło i powidło - Czacz

Na tę wycieczkę Marta czekała długo, oj długo. Odkąd tylko się dowiedziałam, że jest taka wioska, gdzie ludzie zamiast hodować świnie i siać pszenicę, handlują holenderskimi i angielskimi rzeczami z wystawek. Pogoda dopisała, mąż też. W zasadzie we wszystkim byliśmy zgodni z wyjątkiem jednej pobielanej komódki aptecznej, ale musiałam odpuścić bo i tak nie zmieściłaby się nam ani do samochodu, ani do mieszkania. W ogóle już po wizycie w trzecim hangarze wiedziałam doskonale, czego potrzebuję najbardziej- dużego domu, gdzie mogłabym te wszystkie fotele, foteliki, komódki, szafeczki, pierdółeczki poustawiać. Zadowoliłam się dwoma fotelami na balkon, koszami, gazetnikiem, lampką i rowerem dla Szymka (technikę jazdy opanował w jeden wieczór na trasie kuchnia- duży pokój). Najfajniejsze w Czaczu jest to, że nie dość że można coś efekciarskiego znaleźć, to człowiek cieszy się jak głupi, że sam to wyszperał wśród sterty niepotrzebnych rupieci. A to, co mnie jeszcze mocno w tym raju dla szperaczy urzekło, to stare instrumenty - mocno przykurzone wciśnięte gdzieś w kąt, przywalone innymi gratami - głuche, nieme, od lat nieużywane, bezdźwięczne.... smutne jak stare panny albo wdowy-emerytki. Gdybym miała ten dom, na pewno bym je przygarnęła, wszystkie:




ten unikat miał wbudowane w korpus świeczniki....






Równie zajmujący był wątek motoryzacyjny a w zasadzie jednośladowy. Tomek prawie by nabył przedwojenny tandem "GAZELLE" (zasilany także motorkiem) na lansiarskie wycieczki z żoną po mieście, cena........ jednak go przygniotła, jak również perspektywa wracania tym cudem do domu.  

Na pewno tam wrócę, dużym samochodem i po solidnej wypłacie... :)

a la kolonialnie- nad tą komódką stałam bardzooooo długo. i bynajmniej nie cena była odrzucająca..... 
ale zapach
krzesło Van Gogha
tego pana ścięło z nóg - dosłownie
 my favourite zestaw- maszyna i błękitny narożnik
 golfika?
nasze łupy
kryształy w stodole

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz