Zaczęło się od niewinnego malowania Szymkowego pokoju aż ostatecznie mamy wielkie remonty, rycie podłóg, przesuwanie ścian itp. Od trzech tygodni okupujemy dom dziadka a do naszego mieszkania chodzimy tylko brudzić buty i załamywać ręce. Tzn. ja załamuję, ile to będzie sprzątania i odpylania jak już wrócimy do siebie. A kiedy to nastąpi? Bóg jeden raczy wiedzieć i pan Jurek, nasz majster klepka, spec od wszystkiego – od tynku przez płytkę i stolarkę do najmniejszych drucików w instalacji elektrycznej oraz rurek do kanalizy.
Tak to już jest, że im dalej w las tym więcej drzew. Najpierw miały być dwa tygodnie i jasna wizja, co i jak chcemy. Dziś mija powoli trzeci a ogólna koncepcja wzięła w łeb. Przysłoniły ją problemy natury obliczeniowej i strategicznej: tam ciągle kapie, tu z 2 metrów skróciło się do metra 70 i szafa nie wejdzie, poza tym musi być wąska, żeby nie zagradzała wejścia do kuchni a do wąskiej szafy kurtki nie wejdą, więc lipa, a sufit to jest tak krzywy, że tylko regips go uratuje, a miały być kryształkowe zwisy. Eh coraz bardziej zaczynam szanować profesję majstrów, planerów i architektów wnętrz. Bo mnie już cholera bierze, i nawet kolor przedpokoju, o który tydzień temu gotowam była walczyć jak lwica, dziś coraz bardziej mi zwisa, jak te zwisy, których nie będzie….
„Bo najgorzej to się nastawiać..” mówi mój mąż. I chyba ma rację ale cóż, baby już takie są. Planistki idealistki, zanim powstanie ściana, ona już w nią wpycha szafę i komódkę z lustrem.
Z tej budowy na razie odnotować warto:
- Płytki do łazienki wybieraliśmy dwa tygodnie, a ostatecznie i tak w ostatniej chwili je zmieniliśmy. Pani ze sklepu projektującej ułożenie płytek śniliśmy się chyba po nocach wraz z naszą płytkową kolekcją. Odwiedzaliśmy ją średnio trzy razy w tygodniu, siedziała z nami po 2 godziny mozolnie dłubiąc w programie przy akompaniamencie znudzonego do granic możliwości Szymka, który po tygodniu pielgrzymek do „Glazur” na sam ich widok dostawał białej gorączki, wył, kopał i gryzł, byle tylko już tam nie iść.
- Nasz syn rozwinął zmysł majsterkowania i działania przyczynowo-skutkowego, godzinami bawiąc się w kolejno odwiedzanych sklepach w kąciku malucha, wszędzie tym samym standardowym zestawem drewnianych klocków IKEA.
- Poprawiliśmy znacznie naszą kondycję fizyczną, bo minimum dwa razy dziennie wdrapujemy się do dziadkowego lokum na drugim piętrze, co nam - ludziom z parteru początkowo sprawiało lekkie trudności.
- Odrabiamy wszelkie zaległości towarzyskie. Już w pierwszym tygodniu remontu odwiedziliśmy więcej znajomych, niż normalnie w ciągu pół roku. A więc rodzina na domowej banicji jest rodziną prospołeczną.
- Uczymy się życia z zegarami – dziadek ma je w każdym pomieszczeniu. Tykają, cykają, szeleszczą, chroboczą. Każdy chodzi inaczej, a po zmianie czasu to już w ogóle, dom zrobił się międzykontynentalny – w kuchni jest północ, w salonie wieczór, a w przedpokoju to dopiero świta, bo bateria nie wymieniana od lat. U sąsiadów z dołu stary kurant bije zawsze na dwunastą, dostojnie i głośno.
Z rzeczy stricte budowlanych:
- Łazienka była koszmarem minionych 20 lat – pod wanną zrobiło się dosłownie bagno a w dużym pokoju na ścianie od łazienki wyszedł grzyb, bo wanna nie miała dostatecznej izolacji.
- Cegły pod tynkiem murowano chyba po pijaku – słowa pana Jurka, bo taką krzywiznę to nawet niedowidzący by zauważył i to bez okularów.
- Rozplanowanie instalacji elektrycznej, a raczej jego brak omal nie zabiło naszego majstra, bo najechał wiertłem na kable, lecące pod tynkiem, jak się okazało bez ładu, składu i pionów we wszystkie możliwe strony – kolejne hochsztaplerstwo deweloperów tamtych lat.
- itp., itd.
Marta, ja was mogę przygarnąć, bo mnie te dziury w ścianach przeraziły :D
OdpowiedzUsuń