Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice,
Co są godłem panieństwa, bo ich czerw nie zjada,
I dziwna, żaden owad na nich nie usiada.
Panienki za smukłym gonią borowikiem,
Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem.
Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy
I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
Czy zimą. Ale Wojski zbierał muchomory.
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;
Lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą
I gniazdem są owadów i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
Surojadki srebrzyste; żółte i czerwone,
Niby czareczki różnym winem napełnione;
Kozak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
Purchawka, jak pieprzniczka – zaś innych imiona
Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,
Od ludzi nie ochrzczone, a jest ich bez liku.
Jako polonistka- indywidualistka, dziennikara pełną gębą, przedkładałm zawsze radosną twórczość własną nad dzieła wielkich wieszczów, (za co nawiasem mówiąc niejaki profesor Stanisław B. nie raz suszył mi głowę i załamywał ręce nad tą ignorancją). Ale cóż, Adasiowi M. oddać trzeba to, że oprócz tego, że był pies na baby i romemłaną duszę przez emigrację miał, to o pięknej tradycji i obyczajach pisać umiał, jak nikt i to rymem. Ach...
No ale plugawego romantyzmu dość. W ubiegłą niedzielę mój Tadeusz, czyli Tomasz, przepasał się finką dziadka z gór z rzeźbionym trzonkiem z kości słoniowej, rogu jelenia lub tym podobnego trofeum łowieckiego i ruszył na grzyby. Ja z Szymkiem zostałam na włościach, bo żadne to łażenie po lesie z biegającym półtorarocznym intruzem, a poza tym ja od dawna już grzybów nie widzę i jedyne co zbieram, to pajęczyny i pająki oplecione wokół głowy. Tfuj!
Po trzech godzinach powrócił: zziajany, zarumieniony, umorusany i z naręczem grzybów w koszach. Oto zaledwie 1/3 zbioru:
(no wina w lesie nie znalazł, tylko w piwnicy teściowej)
Zabraliśmy się do obróbki tego plonu, co trwało do późnych godzin nocnych i przez niektórych nazwane zostało "dystrybucją grzyba". A tak już wygląda produkt końcowy:
suszone i w marynacie, voila

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz