wtorek, 4 października 2011

Zoo i wrocławskie odkrycie

No tak...... to trzeba przyznać, że zwierzęta nie były najciekawszym elementem w zoo. Najciekawszy był wózek do przewożenia przedszkolaków, auto safari, do którego można było wejść i usiąść za kierownicą (i podziwiać przez okno żywego lwa- ale to już mało istotny szczegół). Największy entuzjazm wywołały w kolejności: świnki, kozy, hipopotam, małpy, słonie. Żyrafy najbardziej podobały się tacie (ciągnie swój do swego ;) ). Pogoda była super, chociaż na wszystkich portalach pogodowych i w prognozach przepowiadali ulewne deszcze i burze- nie spadła ani kropelka. 






A po zoo, poszliśmy na obiad do wietnamskiej knajpy  (2 lata temu jakoś lepiej tam smakowało), Szymek przespał cały obiad zmęczony zwierzęcym safari, a że była z nami moja siostra i we dwie zawsze ma się większą siłę przebicia, jeśli chodzi o miejsca, do których "koniecznie" trzeba wejść, wracając natknęliśmy się na fajny sklep, w którym my spędziłyśmy jakieś 20 minut. Sklep nazywa się TURNIURA i ma  sporo ciekawych folk-ciuszków oraz super wybór szmatkowych kwiatków-broszek, korali i tym podobnych babskich pierdółek ozdobniczych.   






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz