Wiatry szaleją, temperatury nie rozpieszczają, ale co tam, po zeszłorocznej zaprawie termicznej w polskich Dąbkach, przyszedł czas na prawdziwie arktyczne klimaty, bo stąd już na Islandię i wieczne lody naprawdę niedaleko...
Na godzinę przed wyjazdem Szymek postanowił uciąć sobie solidną drzemkę, a ponieważ nikt się nim nie zajmował (mama i tata pakowali walizki), zdrzemnął się najbliżej, skąd miał z kanapy - na stole (ale dlaczego nie został na kanapie?).
Pierwszą w życiu podróż samolotem nasz pierworodny przeżył bardzo pozytywnie i entuzjastycznie - nie chciał usiedzieć ani minuty na miejscu. Wiercił się, skakał, biegał. Największe zainteresowanie budziły silniki samolotu i kabina pilota, pełna tajemniczych przycisków i wichajsterków (i czemu mnie to nie dziwi?)
A tu już klify i kamienista plaża, na którą Szymek wybrał się oczywiście z wiaderkiem i łopatką:
mlody pilnuje swojej chacjendy
na klifach ostrzegano z tablic, żeby nie skakać, dla mało zdecydowanych - nr telefonu zaufania :)
dpoczynek w rzepaku - zupełnie jak w lubuskiem :)
Jeden dzień poświęciliśmy na podróż na poły sentymentalną - w Saint Andrews poznali się i studiowali Kate i William - szczerze mówiąc - miejsce dość mało romantyczne i nie sprzyjające wieczornym schadzkom - temperatury i wiatry odstraszają nawet mewy, które skrzętnie chowają się w resztkach murów opactwa i zamku. No ale dobra- masteczko małe, ciasne ale zaciszne, na końcu świata prawie i chyba o to im chodziło:
moja MUCHA :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz