Pierwsze miesiące roku nie są łatwym i lekkim okresem, a przynajmniej w naszym przypadku. Nowy rok zaczeliśmy sporą porcją stresu: mama wróciła do pracy, Szymek poszedł do żłobka, a tata otrzymał nowe zadanie porannego ogarniania zaspanego tygrysa, prowadzenia go do przybytku łez i cierpień zwanego żłobkiem i odczepiania go co dnia paluszek po paluszku ze swoich ramion, nóg, fotelika samachodowego, jakkolwiek, w zależności, w co tym razem Szymon się wczepi w geście kontestacji, że on nie zamierza nigdzie zostawać, a już na pewno nie w żadnym żłobku.
Zresztą, wcale tam tak długo nie przebywał. Bo w styczniu było tego raptem cztery dni a w lutym jeszcze lepiej - trzy.
Opętała nas seria niespodzianek przyniesionych ze żłobka naturalnie. Najpierw ospa wietrzna, potem angina, zapalenie oskrzeli i wreszcie depresja. Mamy i syna. Czy żłobek to na pewno był dobry pomysł, a że z nianią to nie taka prosta i dość kosztowna sprawa i że zima zamiast się kończyć, wraca.
I tak to mija nam pierwsza część roku 2011, przeplatana łzami, kaszlem i zwolnieniami lekarskimi w liczbie hurtowej.
A tu kilka zdjęć, co Szymek robi, jak choruje:
liczy drzewa w lesie
zasypia" na tygryska"
mierzy czapki .... różne czapki
w końcu dużo śpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz