poniedziałek, 21 lutego 2011

My w czasach zarazy


Pierwsze miesiące roku nie są łatwym i lekkim okresem, a przynajmniej w naszym przypadku. Nowy rok zaczeliśmy sporą porcją stresu: mama wróciła do pracy, Szymek poszedł do żłobka, a tata otrzymał nowe zadanie porannego ogarniania zaspanego tygrysa, prowadzenia go do przybytku łez i cierpień zwanego żłobkiem i odczepiania go co dnia paluszek po paluszku ze swoich ramion, nóg, fotelika samachodowego, jakkolwiek, w zależności, w co tym razem Szymon się wczepi w geście kontestacji, że on nie zamierza nigdzie zostawać, a już na pewno nie w żadnym żłobku.
Zresztą, wcale tam tak długo nie przebywał. Bo w styczniu było tego raptem cztery dni a w lutym jeszcze lepiej - trzy.
Opętała nas seria niespodzianek przyniesionych ze żłobka naturalnie. Najpierw ospa wietrzna, potem angina, zapalenie oskrzeli i wreszcie depresja. Mamy i syna. Czy żłobek to na pewno był dobry pomysł, a że z nianią to nie taka prosta i dość kosztowna sprawa i że zima zamiast się kończyć, wraca.
I tak to mija nam pierwsza część roku 2011, przeplatana łzami, kaszlem i zwolnieniami lekarskimi w liczbie hurtowej.
A tu kilka zdjęć, co Szymek robi, jak choruje:

liczy drzewa w lesie

zasypia" na tygryska"

mierzy czapki .... różne czapki

w końcu dużo śpi...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz