poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Podróże sentymentalne, hedonizm pięciolatków i nowy słowotwór

Wracając do naszych chorwackich sąsiadów - odwiedziny w sierpniowy długi weekend u Państwa z Porąbki to była zarazem moja podróż sentymentalna w rodzinne strony.Ugoszczeni po królewsku odpoczęliśmy od miejskiego zgiełku, pozwiedzaliśmy okolicę i nawet dalszą okolicę- przeludnione termy w Białce Tatrzańskiej, gdzie za to wymoczyłam nadpobudliwego dziecka w solance stymulującej układ nerwowo-mięśniowy .... :) i...... nabył ponownie sił witalnych do szaleństw z Fifkiem (na zdj.poniżej).

 

fifkosjesta
 fifkosjesta Tomka
Jezioro Żywieckie w tle



Ściągnięta z Gubałówki kolejka na górę Żar w Tresnej,
proszę zwrócić uwagę na przesłanie z koszulki mojego męża -
to nasze motto na kolejny rok ;)



Jezioro Żywieckie hen w tle


Paralotniarze na szczycie góry Żar...czekają na wiatr

i zbiornik na tejże górze
i publiczność dla paralotniarzy. Nasza koleżanka Agnieszka utrzymuje, i ta to właśnie wygląda psychologię paralotniarstwa na Żarze:
"stoję i patrzę, czy wieje, a jak nie wieje, to chociaż wiem, że inni patrzą na mnie" ;)


 zrobili my ognisko i dyske przy ognisku i zimnioki z ogniska
 
 

 



 góral ekstraklasa





 dziczyzna na KOCIERZU na szczycie góry
 wydłubmy mu oko...
 takiego misia powinny "se strzelić" panie w przedszkolu mojego syna - posłuch by zaczęły mieć kobity,  że hej - co zresztą widać po minie Szymka
dzik naturalnie był wypchany


A tutaj już moja Rajcza - praktycznie jak ją opuściłam , tak wszystko zostało. Jakby się czas zatrzymał. Zostały nawet pawie, chociaż to już któreś pokolenie pewnie. Ostatni raz byłam tu kilkanaście lat temu, biegałam więc z aparatem jak postrzelona, cykając foty wszystkiemu, co przywoływało wspomnienia. Tu spędziłam najlepsze czasy dzieciństwa i gówniarstwa, że tak to ujmę, pierwsze miłości i w ogóle jedną trzecią życia.Rajcza śni mi się średnio raz w tygodniu- zawsze nieodłącznie z babcią i dziadkiem.Ile bym dała, żeby moje dziecko miało tak słodkie i bezstresowe dzieciństwo, jak ja miałam tutaj:


  stara jak świat lipa, w której lądowały notorycznie lotki do badmintona i piłki
na tym długim, zatrawionym chodniku zgubiłam kiedyś złoty pierścionek- znalazł się po kilku dniach
lipa

 garaż dziadka, tu stał kremowy fiat 125p, a na ścianie obok rynny była "zaklepywanka" w naszej zabawie w chowanego.
dom dziadków na górce
 fotografowałam wszystko- nawet siatkę na butle gazowe i gumowe węże - stoi tak jak stała trzydzieści lat temu
 szopa-składzik narzędziowy, Bóg wie co jeszcze, stoi tu odkąd się urodziłam, czyli jakieś trzydzieści parę lat
 w moich starych, czarno-białych zdjęciach z dzieciństwa też mam takie na tle tej szopy, jak znajdę, to dorzucę

 za krzakami kiedyś rosły babcina marchew, strzelający groszek i agrest, a dziadek wykopywał robaki na ryby, w tle -kawałek domu, w którym mieszkaliśmy od moich narodzin.
 1/3 dzieciństwa spędziłam na bujaniu się na tych huśtawkach- wyglądały tak samo je teraz, przez te wszystkie lata odświeżono tylko niebieski kolor- wtedy były wyblakłe
 drugi dom rodzinny dziadków
górka, ze starym szpitalem polowym w tle. Na tej górce zjeżdżaliśmy zimą na sankach, tyłkach i brzuchach do upadłego. Tutaj też przeszorowałam brodą po żwirze zjeżdżając głową w dół.
taki widok z okien babcinego "telewizyjnego"
ciąg dalszy górki, latem zbieraliśmy tu osy do słoika, które krążyły nad opadłymi papierówkami
traktor, zimą ciągnęli nas za nim na drewnianym pługu- głowy nie dam, ale sam traktor chyba też ten sam, co przed dwudziestu laty
pierwsze okno z przedpokoju, drugie z łazienki



widok ze strychu dziadków na stary magazyn- w czasach wojny szpital polowy
balkon z dawnego pokoiku cioci- za tymi drzwiami po raz pierwszy wypowiedziałam literkę "r"
obok balkoniku dawne mieszkanie młodej pani doktor i artysty -plastyka, który robił przepiękne szopki krakowskie na święta
ukochane modrzewie- drzewa w górach są najpiękniejsze
magiel- tu zawsze pachniało gorącym, świeżo krochmalonym praniem
mama z modymi
stary pohabsburgowski park przy dawnym Sanatorium Przeciwgruźliczym - dziadek był tu szefem, a ja -hmmmm pączkiem w maśle - tak można by określić mój status w tamtych czasach- w parku spędzaliśmy całą bandą wszystkie pory roku - od świtu do zmierzchu.






parkowa kapliczka - kolejne miejsce, gdzie czas się zatrzymał


okno kuchenne





ostatnie trzy zdjęcia z dedykacją dla mamy

No to by było na tyle nudnych dla postronnych a dla mnie wywołujących łzę w oku zdjęć.

Natomiast co do tytułowego hedonizmu pięciolatków - dochodzę do wniosku, że człowiek rodzi się hedonistą, a potem życie/społeczeństwo zmusza go do poskramiania tej cechy. Pięciolatek głównie w życiu skupia się na tym by było mu dobrze, by zaspokajać swoje potrzeby i nie widzi w tym absolutnie nic dziwnego, wręcz jest oburzony, że ktoś go w tym hamuje......
Cóż ....nasze dążenie do tego, by dzieci były nam ciągle posłuszne i się nie stawiały też jest jakąś formą hedonizmu......- chcemy mieć święty spokój....
Wszystko zależy od perspektywy patrzenia na problem...

A nie dalej jak wczoraj, nasz syn, podczas obcinania paznokci, stworzył nowe słowo:
-"Jak mi tak nogę trzymasz , to ja czuję taką akcensję.
-Że co?
-"Akcensję- taki ciepły i zimny prąd...a potem taki gasssss"

tzn, że to chyba zdrętwienie. No ok.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz